A Travellerspoint blog

CHIANG MAI day 2

city of 700 temples

33 °C
View Thailand on Camerowska's travel map.

We r now in Chiang Mai - in the North of Thailand

It is a city of temples (they have 700 of them!) - haha, but we have maybe seen like 15 at most ;)

We flew in yesterday afternoon and went to do the sights (read: temples). Also, we were lucky again, as apparently Sunday is a special day in Chiang Mai - with a street market at night. And when I say STREET I actually mean a good 10 streets - all around 1 big street. They were selling EVERYTHING there - and it was full of locals.

You could buy local crafts, jewellery, clothes, and of course: FOOOOODDDD. It was actually quite funny that they were selling food mostly in the courtyards of the temples :). All made fresh and to order. Piles of noodles/rice, stir-fries, deep-fried stuff, seafood, fruit, sweets. Amazing. Of course we did not forget about eating while shopng/haggling. We got a great deal of food actually - I dont even remember how many little dishes we tasted :). To name just a few: grilled squid, fried squid, Khao Sawy = local beef curry with funny noodles, banana-leaf packages with steamed rice and herbs, Olga ate some black vegateble jelly (?), etc etc

Speaking of which.
Olga had enough courage to actually EAT the BUGS (yes, fried insects). She started with buying a big (5cm long) cricket. And yes, she had the guts to eat it too... [haha, I filmed it all, but I'm afraid you're gonna have to wait for the movie clip, as we forgot to take the camera cable]. The insect looked pretty gross, but Olga claims it was very crunchy ;)
When she ate the first one, the lady from the stall started giving her freebies - another smaller grasshopper-kind-of-thing and a white 4cm long bamboo worm... [yes, like one pf the ones from my picture in Bangkok - to be seen a few posts below]

hmhm... actually... the lady stroke a good deal giving the freebies to Olga, since she was a living advert of the bugs - in 1 min she talked an American guy into tasting one too ;)

i promise to put the pickies & the movie clip soon :)

Later on we walked past another stall with bugs - where they had TERRIBLE-LOOKING huge roaches as well... [like: 7cm long and 3cm wide]. Olga even had a moment when she wanted to buy one - and if it wasn't for the saleswomen's inability to speak English she would have probably eaten it. Olga namely asked her if they were GOOD. But the woman din't understand and Olga resigned of the purchase ;)

Still, my deep R-E-S-P-E-C-T Olga!!!

Since there were so many things to do/see/buy/eat at the market, we ended up staying till they closed - at 23.00

Today we saw a couple of temples, but above all: we took it easy - and spent the time in a relaxing manner - walking aound, stopping for food and drink etc

Tonight we're flying back to BGK. Will stay there for 2 nights (2morrow planning on going on a day trip buy train to Ayutthaya).

  • *************

OLGA's PART

Po dwoch dniach spedzonych w Sukhothai dotarlysmy do Chiang Mai - atrakcji turystycznej polnocnej Tajlandii. Zanim opowiem co nieco o tym miescie, musze wspomniec o absolutnie bajecznym lotnisku pod Sukhothai, skad startowalysmy. Czulam sie jak na Hawajach, za terminal sluzyly male sliczne domki, doslownie tonace w zieleni i orchideach (rozowych, fioletowych, bialych). Bardzo malownicze. Kazdy pasazer przy odprawie paszportowej mial przypinany do koszulki miniaturowy bukiecik z orchidei i asparagusa. Cudnie.

Ok. 13 wyladowalysmy w Chiang Mai, miescie bardzo zywym i przyjaznym. I znowu innym niz wszystkie do tej pory. Kafejki internetowe mieszaja sie ze swiatyniami, straganami z jedzeniem i lokalnymi pamiatkami. Duzy ruch uliczny. Jest tutaj blisko 700 swiatyn (tzw. watow), na szczescie my postanowilysmy obejrzec zaledwie kila(nascie) z nich. Nie wiem czy to juz rozleniwienie czy przesyt, ale juz te miejsca nie robia takiego wrazenia i nie zapieraja dechu w piersiach. Odwiedzalysmy je troche "z przyzwoitosci", ale to bardzo przyjemne i nie obciazajace ;)

Znowu mialysmy szczescie, poniewaz wlasnie trafilysmy na niedzielny targ, ktory trwa od zmierzchu (ktory tutaj zapada ok. 18:00) do poznych godzin wieczorynych. Jest tutaj doslownie wszystko, co mozna nazwac "lokalnym" - tony jedzenia, rzemiosla, pamiatek, rzeczy potrzebnych i (w zdecydowanej przewadze) niepotrzebnych. Dlugie kilometry mieniacych sie kolorami straganow. Marta miala wilekie oczy z blyskiem, co oznaczalo dla mnie jednoznacznie, iz nasz dzien szybko sie nie skonczy. I ten blysk utrzymywal sie dlugo, bardzo dlugo. Wedrowalysmy od uliczki do uliczki, od zaulka do zaulka i na nic zdaly sie moje proby negocjacji, przekonywania, szantazu, blagania.... Polowalysmy na okazje do czasu, kiedy miejscowi zaczeli sie rozchodzic, a sprzedajacy skladac swoje kramy :) :) :) Ale warto bylo, faktycznie ceny tutaj przyprawiaja o zawrot glowy i mozna znalezc naprawde ladne rzeczy.

Ale...... kupowanie pamiatek to jedna czesc przyjemnosci. Druga stanowi oczywiscie probowanie lokalnych przysmakow. Zarowno w restauracji jak i z targowych stoisk. Jadlysmy lokalna potrawe KHAEW SAWY, dostepna glownie w Chiang Mai (zolty makaron z pysznym sosem i wolowina), smazone i grillowane kalamarnice na patyku, oraz.......... prazone owady. I tu nastepuje slowo wprowadzenia: w samolocie do Tajlandii obiecalam Marcie, ze jesli trafimy na prazone robale, ktore sa lokalna specjalnoscia polnocnej czesci kraju, to ja takiego insekta skosztuje. Marta pokiwala tylko glowa i chyba nie uwierzyla, ze mowilam o tym calkiem powaznie. Tym wieksze bylo jej zdziwienie, gdy przy stoisku sprzedajacym te delikatesy (roznej wielkosci, ksztaltow, z nozkami/skrzydelkami/oczkami lub bez) w moich oczach pojawil sie blysk ;) No i stalo sie - slowo sie rzeklo, nie bylo wyjscia jak tylko przystapic do konsumpcji. Wzbudzilo to ogolna radosc sprzedajacych jak i turystow. Zjadlam 3 robale, kazdy inny, kazdy rownie nieapetyczny. W moim menu znalazly sie: 1) duza cykada (nieco sucha), 2) konik polny (odpowiednio slony), 3) glista bambusowa (bardzo chrupka). Wszystko jest na zdjeciach, mamy nawet film spozywania pierwszego dania. Niestety teraz nie mamy ze soba kabelka, zeby to przegrac, ale lada dzien to nadrobimy.

Niebawem zmykamy na lotnisko, lecimy do Bangkoky, skad jutro wczesnym rankiem wybieramy sie na jednodniowa wycieczke do Ayuthaya, dawnej stolicy Tajlandii. Bedziemy podrozowac lokalnym pociagiem.

Wlasnie dzisiaj z Marta stwierdzilysmy, ze jest polowa naszego pobytu, a nam juz udalo sie bardzo odpoczac i zrelaksowac. A przed nami jeszcze czesc absolutnie wypoczynkowa na Ko Samui. Cudownie.

Dobrego tygodnia!

Posted by Camerowska 14:59 Archived in Thailand

Email this entryFacebookStumbleUpon

Table of contents

Be the first to comment on this entry.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint